O tym jak cofnęliśmy się w czasie...
Nie, nie mieliśmy żadnej maszyny.
Spędziliśmy ten absolutnie magiczny dzień w Heritage Park, czyli historycznej wiosce, w której czas się zatrzymał w XIX i na początku XX w. To żywe muzeum zostało otwarte w lipcu 1964 r i od początku swego istnienia stało się jedną z największych atrakcji w Północnej Ameryce. Nie dziwię się. W swojej kolekcji posiadają ponad 50 000 artefaktów, nie licząc domów, taborów. Jest fascynujące!
Zobaczcie sami!
Naszą wizytę rozpoczęliśmy od Famous 5 Centre of Canadian Women, repliki domu Nelly McClung, która wraz z 4 innymi kobietami walczyła i wywalczyła przed Brytyjskim Sądem Najwyższym prawo do uznania kobiet za "Osoby" zgodnie z aktem z 1929 roku. Dodam też, że kanadyjskie kobiety uzyskały prawa wyborcze w trzech stanach Albercie, Manitobie i Saskatchewan już w 1916 r.! Prawo to z roku na rok rozszerzano i już w 1919 r. wszystkie kobiety w Kanadzie mogły głosować od 21 roku życia.
Odwiedziliśmy także oryginalną synagogę z 1916 r. przeniesioną z prerii Alberty.
Ale to co zobaczyliśmy parę metrów dalej całkowicie wbiło nas w ziemię.
Otóż zobaczyliśmy ogród pełen roześmianych i bawiących się dzieciaków. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dzieciaki te wyglądały jak żywcem wyciągnięte z filmu "Domek na prerii"!!!!
Cała nasza czwórka gapiła się (dosłownie) na tę niesamowitą ekipę, która okazała się... wakacyjną półkolonią dla dzieci! To popularna tutaj forma spędzania czasu w wakacje!
Ja też bym tak chciała!!
Solidną część parku stanowi także teren pełen fantastycznych karuzeli i huśtawek!
Co ważne, w żywym muzeum wszystkie osoby pracujące tam ubrane są w stroje z epoki.
Ba, na ulicach odgrywane są sceny z codziennego życia miasteczka!
Jako redaktorka naczelna PSTRYKA nie mogłam nie odwiedzić siedziby tamtejszej gazety i żal tylko, że nie miałam ze sobą egzemplarza magazynu, by zrobić sobie zdjęcie z tamtejszą zecerką!
Wpadliśmy także do miejscowej lodziarni, w której jedna gałka miała wielkość 4 europejskich!!!
W końcu nadszedł czas długo wyczekiwanej atrakcji - przejażdżki koleją parową!!
Bardzo nam było spieszno, by dostać się do wagonu :)
Zdążyliśmy!
A z okna mieliśmy na przykład takie widoki!
Odwiedziliśmy także dom trapera, który opowiadał nam o futrach zwierząt, którymi handlowano wówczas (ech...),
pokazywał bobrowe zęby!
Nie wiedzieliśmy, że są taaaakie długie!
Wypił z nami traperską herbatę z prądem ;-)
Zaprosił Frania na partyjkę warcabów...
Pokazał typowy dom trapera z tamtych czasów.
I opowiadał o kulisach filmu "Zjawa" z Leonardem Di Caprio,
który był kręcony na tych terenach.
Wpadliśmy także odwiedzić miejscową szkołę.
Na początku XX w dzieciaki w Albercie chodziło do szkoły tylko 5 miesięcy,
od listopada od marca, przez resztę roku musiały pomagać rodzicom w polu. Uczyły się podstawowych rzeczy, takich jak alfabet, dodawania i odejmowania.
Na szczęście my jesteśmy na wakacjach i ucieczka ze szkoły w trakcie zajęć nie została źle odebrana przez nauczycielkę ;-)
Zwiedziliśmy tamtejszą piekarnię...
A także tę część parku, którą stanowią domostwa ludności rdzennej.
Wizyta w najprawdziwszym tippi była duuużym przeżyciem!
Zobaczenie czaszki bizona także...
Nianiuś próbował nawet rozpalić ognisko.
Tak się tam zasiedzieliśmy, że odjechał nam ostatni pociąg i wracaliśmy z drugiego końca wioski piechotą.
Tymczasem miasteczko zamykało już powoli swoje podwoje...
Ale zdążyliśmy jeszcze wskoczyć na momencik na pocztę :)
I zgłosiliśmy chęć rozwiezienia listów!
Potem radosnym krokiem ruszyliśmy do wyjścia :-)
Na koniec krótki film, który może lepiej niż nasze zdjęcia odda klimat tego niezwykle magicznego miejsca.
Gdybym mieszkała w Calgary, na pewno wykupiłabym abonament roczny do Heritage Park!
Kto nie był, a będzie w Calgary, polecam bardzo!







Komentarze
Prześlij komentarz