Banff - czyli post z widoczkami

Takich postów będzie chyba więcej, 
bo tutejsze widoczki są naprawdę przednie.
Nie wiem, na ile nasze zdjęcia są w stanie oddać ten klimat,
może po trzecim poście pośniecie, ale co tam, podejmę wyzwanie ;-)

Kolejny słoneczny dzień i kolejna wyprawa.
Tym razem wyruszyliśmy komunikacją miejską do Parku Narodowego Banff,
w którym, jak piszą w ulotkach, oprócz różnego rodzaju ptactwa i wiewiórek, 
mieszka także 50 miśków grizzly, 60 miśków czarnych i 2500 łosi!

Jazda tutejszymi autostradami jest niezwykle przyjemna. 
Wokół przepiękne okoliczności przyrody,


za kierownicą prawdziwy kowboj niezwykle przyjazny dzieciom.


W parku bardzo przydał się urodzinowy prezent Nianiusia - lorneta!!!
(dzięki Kasia i Huba!!!)



Było na czym oko zawiesić...


Infrastruktura zapewnia zwiedzanie w luksusowych warunkach ;-)




Celem naszym było dotarcie do dwóch wodospadów, niskiego i wysokiego.
Ten pierwszy poniżej.



Szliśmy przez park ze śpiewem na ustach!




Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, by podziwiać 
różne cuda natury, np. "brodę na drzewach", słynną dla tego regionu.


Czy mchowe czapy.



Tak podziwiając to i owo, 
dotarliśmy do drugiego wodospadu.


Gdy zeń schodziliśmy natrafiliśmy na kupkę fioletowych kamieni.
Po zbadaniu sprawy okazało się, że są to kamienie pozostawione 
przez bliskich, zdaje się tylko dzieci, zmarłej dziewczynki. Dzieci je pokolorowały i napisały na nich o swoich emocjach po stracie kuzynki...



Na szlaku minęliśmy wielu gości :-)
Niezwykle przyjaznych! Na zdjęciu wiewiórki gruntowe, znane nam np. z bajki Chip and Dale.

Rzecz jasna dokarmianie dzikich zwierząt jest tu (i nie tylko tu!!) absolutnie zabronione.
Chyba że ktoś jest chojrakiem i ma na zbyciu 25 000 $, 
bo tyle może zapłacić kary za niestosowanie się do zakazu.



Dlatego wszystkie okruszki zebraliśmy skrzętnie!


A widoczki się ciągną i ciągną;)




A dzieci harcują, harcują...


Zboczyliśmy nawet ze szlaku (spokojnie, to akurat było dozwolone:-),
by zobaczyć, jak wygląda wodospad z drugiej strony.



Warto było!



Dzieciaki były bardzo, bardzo dzielne i niezwykle wytrzymałe!
Wspinały się po skałach jako te górskie kozice!
(Widać, krew matki rodzonej na Podbeskidziu w ich żyłach robi swoje!)


By potem w autobusie do Calgary odpaść po 3 minutach ;)


Komentarze